Przeciągnęłam dłonią po aksamitnej sierści lewego ucha. Robię tak za
każdym razem, kiedy jestem znudzona lub się denerwuję. Spaceruję po
wyludnionych ulicach Północnego Podziemia. Większość imigrantów, którzy w
panice uciekali ze Środkowego Podziemia zdążyła umrzeć, inni założyli
rodziny i żyją tu, czy gdzieś indziej w spokoju. Jest nas, znaczy się
Mistyków coraz mniej. To dość niepokojący fakt, który lekko skłania mnie
do myślenia o wielodzietnej rodzinie.
Kopnęłam plastikową butelkę leżącą na ziemi. Zaraz... plastik, materiał z powierzchni. Podniosłam ją i obróciłam w dłoniach.
- Wyjątkowa... - szepnęłam.
Z butelką w ręce skierowałam się do rudery, którą pieszczotliwie zwykłam
nazywać mieszkaniem. Weszłam bokiem przez wąską szczelinę w murze i
odgarnęłam koc zawieszony przy wejściu. Znajdowałam się w szerokim
pomieszczeniu. Półmrok przysłonił materac leżący na drugim krańcu
pokoju, przeżarty przez korniki stół i krzesło, palenisko i ścianę
zastawioną gratami z powierzchni, kolekcją kamyków i kilkoma innymi
zbiorami. Rzuciłam butelkę na stertę podobnych do niej wytworów i
zabrałam się za gotowanie skromnego obiadu. Gulasz z różnych kawałków
mięsa, głównie szczurów, nie był jakimś smakołykiem, ale jedną z
lepszych rzeczy, na które mogłam sobie pozwolić.
Ponownie wyszłam, tym razem zostawiając wejście odsłonięte, bowiem nie
wytrzymałabym nocy w tak dusznym miejscu. Skierowałam się w stronę
targu. Wymieniłam pozdrowienia ze znajomymi, po czym wzięłam się za
sprzedawanie resztki mojego obiadu. Chętni nie znaleźli się szybko, a ja
musiałam rozpalić małe ognisko, żeby podgrzać jedzenie. Próbowałam
zwabić klientów uśmiechem, własnoręczną degustacją czy propozycją
darmowego kęsa. Niestety akurat dzisiaj wszyscy przyszli do dzielnicy
handlowej najedzeni. Po kilkugodzinnym oczekiwaniu i podgrzewaniu
gulaszu poddałam się. Wstałam i przeszłam z garnkiem do mojego drugiego
domu - sierocińca. Tam zawsze będą wiedzieli co z tym zrobić.
- Puk, puk - krzyknęłam jednocześnie uderzając pięścią o drzwi.
Otworzyła mi starsza kobieta, której twarz rozpromieniła się na mój widok.
- Moja kicia!
Zamruczałam przeciągle i podałam jej garnek. Reakcja starszej pani była natychmiastowa.
- Och, kotku. Odkąd dostajemy pieniądze od dowódcy twoja pomoc nie jest
nam potrzebna, dobrze o tym wiesz. Nie musiałaś się trudzić! -
Powiedziała.
Jednak pomimo swoich sprzeciwów wzięła ode mnie garnek i przelała jego
zawartość do miski. Umyła sprawnie moją własność i oddała mi go.
- Ciociu Milley, prawda jest taka, że mięso się szybko psuje, więc
wykorzystuję je jak najszybciej. To, że wychodzi za dużo nie jest moją
winą.
Uśmiechnęłam się pokrzepiająco i oczekiwałam na odpowiedź.
- Mm, dzieciaki kazały cię pozdrowić i podziękować za obiadki!
Dobrze wiem, że nigdy by nawet nie tknęły czegoś mojej roboty. A nawet
gdyby któreś chciało, nie miałoby szansy - Milley nie przepuści tego do
jedzenia. Zawsze wystawia miskę na próg i tym samym dokarmia zwierzęta
lub ludzi biedniejszych nawet ode mnie.
Ukłoniłam się pospiesznie i wyszłam z garnkiem w ręku. Minęłam
targowisko ponownie wymieniając pozdrowienia i wpadłam na kogoś. Garnek
wyleciał mi z ręki i z hałasem przeturlał się po ziemi. Speszona
podniosłam wzrok, ujrzałam wysoką, czarnowłosą kobietę. Patrzyła na mnie
z góry, jej wściekłe spojrzenie przeszywało mnie na wskroś, chyba w
myślach już masakrowała moje bezwładne ciało. Podniosłam się i
podbiegłam do garnka. Chwyciłam go, po czym podeszłam do dziewczyny.
- Przepraszam - pisnęłam niepewnie.
<Argona?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz