niedziela, 29 czerwca 2014

Od Righy

Przeciągnęłam dłonią po aksamitnej sierści lewego ucha. Robię tak za każdym razem, kiedy jestem znudzona lub się denerwuję. Spaceruję po wyludnionych ulicach Północnego Podziemia. Większość imigrantów, którzy w panice uciekali ze Środkowego Podziemia zdążyła umrzeć, inni założyli rodziny i żyją tu, czy gdzieś indziej w spokoju. Jest nas, znaczy się Mistyków coraz mniej. To dość niepokojący fakt, który lekko skłania mnie do myślenia o wielodzietnej rodzinie.
Kopnęłam plastikową butelkę leżącą na ziemi. Zaraz... plastik, materiał z powierzchni. Podniosłam ją i obróciłam w dłoniach.
- Wyjątkowa... - szepnęłam.
Z butelką w ręce skierowałam się do rudery, którą pieszczotliwie zwykłam nazywać mieszkaniem. Weszłam bokiem przez wąską szczelinę w murze i odgarnęłam koc zawieszony przy wejściu. Znajdowałam się w szerokim pomieszczeniu. Półmrok przysłonił materac leżący na drugim krańcu pokoju, przeżarty przez korniki stół i krzesło, palenisko i ścianę zastawioną gratami z powierzchni, kolekcją kamyków i kilkoma innymi zbiorami. Rzuciłam butelkę na stertę podobnych do niej wytworów i zabrałam się za gotowanie skromnego obiadu. Gulasz z różnych kawałków mięsa, głównie szczurów, nie był jakimś smakołykiem, ale jedną z lepszych rzeczy, na które mogłam sobie pozwolić.
Ponownie wyszłam, tym razem zostawiając wejście odsłonięte, bowiem nie wytrzymałabym nocy w tak dusznym miejscu. Skierowałam się w stronę targu. Wymieniłam pozdrowienia ze znajomymi, po czym wzięłam się za sprzedawanie resztki mojego obiadu. Chętni nie znaleźli się szybko, a ja musiałam rozpalić małe ognisko, żeby podgrzać jedzenie. Próbowałam zwabić klientów uśmiechem, własnoręczną degustacją czy propozycją darmowego kęsa. Niestety akurat dzisiaj wszyscy przyszli do dzielnicy handlowej najedzeni. Po kilkugodzinnym oczekiwaniu i podgrzewaniu gulaszu poddałam się. Wstałam i przeszłam z garnkiem do mojego drugiego domu - sierocińca. Tam zawsze będą wiedzieli co z tym zrobić.
- Puk, puk - krzyknęłam jednocześnie uderzając pięścią o drzwi.
Otworzyła mi starsza kobieta, której twarz rozpromieniła się na mój widok.
- Moja kicia!
Zamruczałam przeciągle i podałam jej garnek. Reakcja starszej pani była natychmiastowa.
- Och, kotku. Odkąd dostajemy pieniądze od dowódcy twoja pomoc nie jest nam potrzebna, dobrze o tym wiesz. Nie musiałaś się trudzić! - Powiedziała.
Jednak pomimo swoich sprzeciwów wzięła ode mnie garnek i przelała jego zawartość do miski. Umyła sprawnie moją własność i oddała mi go.
- Ciociu Milley, prawda jest taka, że mięso się szybko psuje, więc wykorzystuję je jak najszybciej. To, że wychodzi za dużo nie jest moją winą.
Uśmiechnęłam się pokrzepiająco i oczekiwałam na odpowiedź.
- Mm, dzieciaki kazały cię pozdrowić i podziękować za obiadki!
Dobrze wiem, że nigdy by nawet nie tknęły czegoś mojej roboty. A nawet gdyby któreś chciało, nie miałoby szansy - Milley nie przepuści tego do jedzenia. Zawsze wystawia miskę na próg i tym samym dokarmia zwierzęta lub ludzi biedniejszych nawet ode mnie.
Ukłoniłam się pospiesznie i wyszłam z garnkiem w ręku. Minęłam targowisko ponownie wymieniając pozdrowienia i wpadłam na kogoś. Garnek wyleciał mi z ręki i z hałasem przeturlał się po ziemi. Speszona podniosłam wzrok, ujrzałam wysoką, czarnowłosą kobietę. Patrzyła na mnie z góry, jej wściekłe spojrzenie przeszywało mnie na wskroś, chyba w myślach już masakrowała moje bezwładne ciało. Podniosłam się i podbiegłam do garnka. Chwyciłam go, po czym podeszłam do dziewczyny.
- Przepraszam - pisnęłam niepewnie.

<Argona?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz