Północne podziemie... ciekawe... Stałam przed błękitną taflą jeziora.
Gdzieś tam było jedne z wejść do podziemi. Zrobiłam lekko krok do przodu
i wybiłam się metr nad ziemię. Zrobiłam zgrabne salto w powietrzu i
rękami do przodu zanurkowałam w wodzie. Zimna ciecz zamknęła się za mną,
a ja zaczęłam spokojnie machać rękoma. Nie umrę przez utonięcie,
przecież to oczywiste.
Ujrzałam przesmyk w dniem jeziora. Bez wahanie popłynęłam w jego
kierunku i już po chwili znalazłam się w labiryncie podwodnych
korytarzy. Korzystając z moich niesamowitych zdolności do analizy
wytypowałam optymalną trasę. Po pięciu minutach odnalazłam wyjście z
wody i zarazem wejście do przedsionka podziemia.
Zwinnie wyskoczyłam z bajorka, położonego na środku jaskini i
podeszłam do masywnych wrót. Nie było przy nich straży, więc po prostu
pchnęłam je i weszłam do środka. Przywitała mnie ciemność, a wśród niej
jedno światełko w oknie wykutego w skale zamczyska na końcu podziemia.
Tam też się udałam. Tam też spotkałam pierwszego mieszkańca tego punktu.
Pojawił się, kiedy weszłam do hallu warowni. Był to wysoki i dobrze
zbudowany mężczyzna, ale na kilometr czuć było od niego pedalskim
wampirem. Spojrzałam na niego z lekką pogardą. Teraz pamiętam czemu
unikałam punktów. Zbyt dużo krwiopijców z ZUSu.
- No proszę, wchodzę do zamku, a tu Edward - mruknęłam beznamiętnie
patrząc w oczy stworowi - Słyszałam, że w podziemiu mogą żyć takie
potwory jak ja, więc postanowiłam je odwiedzić
(Kastiel?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz